|
Obecny czas: Pon Wrz 06, 2010 10:26 pm
|
Zobacz posty bez odpowiedzi | Zobacz aktywne tematy
|
Strona 1 z 1
|
[ 3 posty(ów) ] |
|
| Autor |
Wiadomość |
|
Pink Melody
Dołączenie: Wto Lip 01, 2008 3:16 pm Posty: 68
|
 początki
W związku z powstałymi błędami, które bardzo utrudniają grę i które, mam nadzieję wkrótce zostaną usunięte, założyłam nowy temat w którym zachęcam do opisywania swoich przygód w Cosmo. Na razie i tak nie mam za wiele do roboty, bo ograniczyłam się do prowadzenia badań, więc zacznę.
Ląduję na nowo odkrytej planecie, skanuję otoczenie i nagle słyszę jakieś uporczywe stukanie w lądownik. Rozglądam się ale jakoś nie mogę dostrzec przyczyny owego hałasu. Podkręcam skaner i nagle dostrzegam takie małe coś 8x9 cm, które rzuca się na lądownik. Próbuję odgonić laserem, bo mi przecież rysuje nowo położony lakier, ale efekt jest przeciwny do zamierzonego. Nie dość, że nie uciekło to jeszcze zaczyna ziać ogniem a płomień ma niewspółmiernie wielki do swoich rozmiarów.
No, no, ciekawy okaz - myślę - warto złapać, jakby co będzie darmowy palnik.
Pomimo kilku nieudanych prób, nie zniechęcona staram się złapać to nachalne maleństwo. Jednak wkrótce zauważam, że siła ognia tego czegoś jest spora, bo mi lekko lądownik nadtopiło. Tu już się zdenerwowałam, więc go jeszcze raz z lasera. Skórę musiało mieć jakoś grubo opancerzoną, bo dopiero po kilku trafieniach zrozumiało, że go tu nie chcą i uciekło. Jak sobie pancerz lądownika ulepszę to wybiorę się tam jeszcze raz, tylko i wyłącznie po tę żałosną imitację smoka.
|
| Pon Lip 28, 2008 12:23 am |
|
 |
|
Vasquez
Dołączenie: Czw Kwi 17, 2008 10:43 pm Posty: 114 Miejscowość: Earth
|
Ja również w ostatnim czasie mało latam i skupiłem się na badaniach. Myślę, że KANTYNA to bardzo dobry pomysł. Mam nadzieję, że z czasem wzbudzi większe zainteresowanie. Poniżej umieszczam moją przygodę, lekko fabularyzowaną i ubarwioną, ale to chyba nie szkodzi.
Lądownik powoli osiadł na powierzchni planety. Po chwili pył opadł i przez szyby mogłem obejrzeć najbliższą okolicę. Była noc, do świtu pozostało jeszcze kilka godzin, więc włączyłem reflektory.
Wylądowałem na skalistej równinie poprzecinanej w kilku miejscach uskokami czy też wąwozami. Jak okiem sięgnąć wszędzie widać było kawałki skał - mniejsze i większe kamienie popękane prawdopodobnie w wyniku dużych różnic temperatur występujących tu między dniem i nocą. Aktualnie na zewnątrz było +5 *C więc niby nic nadzwyczajnego. Niewielki wiatr, zachmurzenie małe. Włączyłem Georadar i dalej obserwowałem okolicę. Na horyzoncie majaczyło chyba jakieś wzniesienie. Poza tym wszędzie cisza, pustka i ani śladu życia. Georadar niczego nie znalazł. Postanowiłem więc ruszyć w kierunku wzgórza i zbadać po drodze jedną z rozpadlin.
Jechałem już może ze 20 minut, kiedy nagle coś mignęło w świetle reflektora. Zatrzymałem się i ponownie włączyłem Georadar. Niestety znowu nic. A widziałem przecież jak strącone kamienie potoczyły się w dół niewielkiego zagłębienia. "Znowu jakiś bubel mi korporacja wcisnęła. Ech, po powrocie trzeba będzie zainwestować w nowy Georadar, bo z tym tutaj wiele nie zdziałam" - pomyślałem sobie. Ruszyłem w dalszą drogę. Przez następne 40 minut jeszcze kilkakrotnie coś przemknęło w pobliżu lądownika. Niewątpliwie jakieś szybkie drobne zwierzęta. W kilku miejscach zauważyłem nawet coś w rodzaju ścieżek czy szlaków wśród porozrzucanych kamieni.
Dolina a właściwie wąwóz okazał się większy niż przypuszczałem. Z przeprowadzonego z orbity geoskanu wynikało, że ciągnie się kilkadziesiąt kilometrów w kierunku zachodnim. Nie zamierzałem jechać aż tak daleko, ale postanowiłem zajrzeć trochę dalej. Wysokie zbocza chroniły od wiatru, a i światło za dnia docierało tu pewnie z trudem. Gdzieniegdzie w ścianach widać było szczeliny i spękania prowadzące wgłąb. Tutaj również porozrzucane były różnej wielkości głazy. Mimo to lądownik radził sobie dobrze.
Jadąc tak przed siebie w pewnym momencie dostrzegłem słabe, pulsujące, bladozielonkawe światło. Byłem ciekaw co jest jego źródłem więc skierowałem się w tamtą stronę. Gdy się zbliżyłem okazało się, że świateł jest kilka. Jaśniały i przygasały na zmianę. Co więcej na tle tych świateł coś zdawało się szybko poruszać. Zatrzymałem lądownik i włączyłem Georadar.
Tym razem ekran zapełniły ikony roślin i zwierząt. "Nareszcie coś znalazłem". - pomyślałem i ponownie ruszyłem w kierunku jednego ze świateł. Po drodze zauważyłem grube pędy albo korzenie wystające gdzieniegdzie spomiędzy kamieni. Zdawały się one rozchodzić promieniście od miejsca do którego zmierzałem. Niektóre miały dziwne nabrzmiałe bulwiaste narośla. Bardziej interesowało mnie jednak źródło światła. Widać już było, że jest to owalny albo jajowaty siatkowaty twór może metrowej wielkości wyrastający na wysokość ok 2 m z jakiegoś pokrytego ogromnymi, skórzastymi, brunatnymi niby-liśćmi pnia. "Liście" tworzyły rozetę przy ziemi a spomiędzy nich wystawały gdzieniegdzie twory przypominające kwiaty albo dziwne owoce. Drobne dwunożne zwierzęta biegały wokół rośliny, trudno było jednak stwierdzić co dokładnie robią.
Zdecydowałem się zerwać okaz i przywieźć go na Ziemię. Zbliżyłem więc lądownik jeszcze trochę. Nagle z niesamowitym hukiem coś pękło w pobliżu. Właściwie była to jakby cała salwa następujących po sobie wybuchów. Chwilę potem lądownik zalała kleista śluzowata maź. Spróbowałem się wycofać, ale było już za późno. Gąsienice ślizgały się jeszcze chwilę a potem chyba zupełnie się zakleiły i przestały poruszać. Pojazd utknął na dobre. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że niespełna dwie minuty wcześniej zauważyłem w pobliżu szczątki jakiegoś większego zwierzęcia - pewnie ofiary podobnego zdarzenia. Teraz i tak niczego bym nie zobaczył, bo całe szyby pokrywała maź. Słyszałem jednak, że te małe stworzonka wystraszone przed chwilą wybuchem powróciły i nadal krzątały się wokół. "ciekawe jak one sobie radzą z tym glutem?" - zastanawiałem się. Tymczasem szybka analiza składu potwierdziła moje przypuszczenia - śluz, który trysnął z bulwiastych narośli zawierał enzymy trawienne. Na szczęście niegroźne dla pancerza lądownika. Marne to jednak pocieszenie jeśli nie udałoby się ruszyć pojazdu z miejsca. Tlenu pozostało mi jeszcze na kilkanaście godzin, wody - na trochę mniej.
Postanowiłem spróbować jeszcze jednego. W panelu sterowania ustawiłem powrót na orbitę i odpaliłem główny silnik startowy. Lądownik zatrząsł się, usłyszałem już charakterystyczny dźwięk układu rozruchowego, ale nic więcej się nie stało. Na ekranie pojawił się komunikat:
"Error 153648. Awaria systemu. Kontynuuj/Anuluj/Zamknij".
Szybko przewertowałem podręcznik użytkownika i przeczytałem wyczerpujący opis: "Error 153648. Niedrożność dysz wylotowych silnika głównego. W celu rozwiązania problemu skontaktuj się z Autoryzowanym Serwisem Obsługi". "Świetnie. Może chociaż silniki manewrowe zadziałają" - pomyślałem. Niestety one również były zaklejone śluzem. Kiedyś na Ziemi słyszałem, że jakiś pilot w podobnej sytuacji przedmuchiwał dysze tlenem. Nie było jednak pewności czy to pomoże a tlen i tak musiałem już oszczędzać. Co gorsza zaczynało się robić gorąco i duszno. Właśnie wschodziło tutejsze słońce a systemy wentylacji i termoregulacji również nie funkcjonowały jak należy. W wąwozie nadal było ciemno, ale temperatura na zewnątrz podniosła się już do +25 *C. Piski i wrzaski małych zwierzaków stawały się coraz rzadsze.
Pozostało mi już tylko jedno. Wysłałem SOS i z nadzieją, że ktoś mnie znajdzie na czas, zasnąłem.
Obudził mnie trzask. Coś pękało, rozsypywało się. Było jasno. Temperatura na zewnątrz wynosiła +178 *C i szybko rosła. W środku ledwie dało się wytrzymać. Tlenu pozostało mi na ok. 2 godz. Śluz na szybach odparowywał, kruszył się i obsypywał. Wyjrzałem przez okno. Zwierząt już nie było. Roślina, która sprawiła mi tyle kłopotu skurczyła się i spłaszczyła. Te niby-liście okazały się łuskowatymi okrywami zasłaniającymi teraz jajowatą część pośrodku. Niektóre ziemskie kwiaty na noc składają płatki, tutaj najwyraźniej liściokształtne okrywy chroniły roślinę w dzień przed temperaturą i światłem. "Temperatura otoczenia +214 *C i rośnie" - komunikował komputer pokładowy. "Trzeba się stąd zabierać" - pomyślałem - "Może teraz uda się poruszyć pojazd".
Rzeczywiście. Lądownik po kilku próbach wydostał się spod sterty pyłu i pokruszonych kawałków zaschniętego śluzu. Chociaż byłem już wyczerpany i chciałem jak najszybciej odlecieć, zdecydowałem, że nie wrócę z pustymi rękami. Ostrożnie wykopałem roślinę i załadowałem do ładowni. Ledwie zdążyłem a w wąwozie znowu zaczęło się robić ciemno. Temperatura otoczenia, która osiągnęła już +231 *C szybko zaczęła spadać. Wyglądało na to, że na dno wąwozu słońce dociera tylko przez około godzinę w ciągu dnia.
Ponownie wprowadziłem parametry lotu na orbitę i uruchomiłem silnik. Tym razem odpalił bez problemu i lądownik powoli podniósł się z powierzchni planety. Kiedy opuściłem wąwóz ponownie zrobiło się jasno i gorąco. Odlatując widziałem jeszcze z góry, że w pobliżu szaleje burza piaskowa, ale myślami byłem już na statku.
Lot do przestrzeni międzyplanetarnej minął nim się obejrzałem. W międzyczasie na pokładzie odświeżyłem się trochę i sprawdziłem kondycję rośliny w ładowni. Odwołałem też SOS. Powrotem na Ziemię zajął się już autopilot. Ja wreszcie mogłem odpocząć. W ostatniej chwili komputer zakomunikował mi jeszcze skażenie ładowni - czekała mnie więc kwarantanna po przylocie. Najważniejsze jednak, że wracałem cały i to z Jajokrzewem śluzowatym (Ovidendron glutinosus V.) w ładowni.
_________________ "badać nowe, obce światy...
szukać nowych form życia i cywilizacji...
śmiało kroczyć tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek..." - Zefram Cochrane (Star Trek)
|
| Sob Sie 09, 2008 3:11 pm |
|
 |
|
cpt.Obciach
Dołączenie: Nie Sie 02, 2009 2:41 pm Posty: 350 Miejscowość: Mars ;)
|
 Re: początki
I mi podoba się ten sposób opowiadania o problemach w grze  . Dorzucam zatem trzy grosze od siebie, mając przy okazji nieśmiałą nadzieję, że pomoże to komuś bardziej początkującemu ode mnie nie popełnić paru błędów. Nadszedł w końcu ten upragniony dzień, w którym - przeglądając przy porannej kawce dane astronawigacyjne - ujrzałem przed sobą szanse na dotarcie tam, gdzie nie dotarł jeszcze nikt. Nowy system, nowe planety, nowe roślinki, nowe zwierzątka... Po prostu kwintesencja przygody. Z miejsca machnąłem ręką na dopraszające się naprawy kopalnie i w te pędy, biegusiem, do kokpitu, gdzie ustawiłem obiecujące współrzędne (zaraz po przegonieniu kota z panelu komputera i odpaleniu sprzętu metodą "z kopa"). Jeszcze tylko ustawić prędkość i naprzód - witaj przygodo! Moja facjata, której odbicie widziałem w monitorach, po prostu promieniała szczęściem. Chwałą i sława na wyciągnięcie ręki... Optymizm to piękna rzecz... Zaznaczam jednak, że tym razem nie pomyliłem współrzędnych i nie narobiłem sobie i korporacji obciachu, lecąc 30ly nie w tą stronę. Kot też był grzeczny i nic nie zepsuł (jakby ktoś pytał, to przez niego zacząłem naprawiać niewłaściwą kopalnię, przez co ciężka kasa poszła sobie hen daleko i już nie wróciła) . Wracając do meritum.. Na "dzień dobry" padł bowiem system napędowy, tak w ramach dowcipu na kilka sekund przed właściwym wyjściem z hiperprzestrzeni. Oczywiście rzucam okiem na kota w kącie, ale drań jest tym razem chyba naprawdę niewinny. Na szczęście naprawa była prosta - biegiem na rufę, piętnastokilgramowyowy młoteczek w garść, fachowo puknąłem tu i ówdzie, spowrotem do sterówki i odpaliłem napęd, żeby pokonać te brakujące sekundy. Słowem – jak po maśle, nie ma co się przejmować. Wychodzę z nadprzestrzeni na właściwych współrzędnych. Wreszcie... Ale oczywiście, zgodnie z prawami Murphy`ego, jeśli coś może pójść źle... I w związku z tym trafiam prosto w strumień meteorytów. Ileś tam procent integralności pancerza poszło w diabły. Cóż bywa. Przygody i tak wyglądają. Właściwie reszta jest cała, więc można działać. Oczywiście przedtem wypada naprawić trochę zbyt mocno uszkodzony pancerz, bo inaczej - w razie kolejnych niespodziewanych niespodziewanek - przyjdzie wracać piechotą. A droga długa. Rozpocząłem naprawy, ostatecznie cóż prostszego (wcześniej tylko odpaliłem skaner, co by pomiary porobił, kiedy ja będę się pocił); - pierwsza część zniszczona w trakcie próby naprawy, - druga część tak samo, - trzecia poszła w diabły, - dziesiąta na złom. Kurde, zaopatrzenie korporacji kupowało je w hipermarkecie w promocji? Czy to ja mam dwie lewe ręce? - czternasta, może piętnasta... cud! Coś tam się naprawiło! Uff, czyli można wreszcie zająć się rozpoznaniem nieskalanego ludzką stopą systemu gwiezdnego na poważnie. Dokonałem wstępnego rozpoznania; mój wybór padł na planetę o najniższym ciążeniu. Wiadomo, zwiarzątka raczej małe, roślinki lekkie, czyli jedno powinno być względnie niegroźne, drugie łatwe w transporcie. Poważniejszych zagrożeń nie było widać, tyle że wiatr silny, ale lądownik mam podrasowany, więc uznaję, że nie ma czego się bać. Jeszcze rzut okiem na sensory... i lekkie zdziwienie. Całkiem spora groźba rozerwania, większa niż na niektórych planetach z kilkunastokrotnie większym ciążeniem, gdzie kilkusetkilogramowe bydle z wielkimi zębiskami to tylko niegroźny szczeniaczek, zwłaszcza w porównaniu ze swoją dwudziestotonową mamusią. No ale już byłem na orbicie, do tego nie lubię się wysilać, a kot wymaga spaceru... więc rozpoczynam procedurę lądowania. Po prostu postaram się nie denerwować lokalnej fauny i powinno być dobrze. Przez dłuższą chwilę usiłowałem jeszcze wypatrzeć jakieś przyjazne miejsce do lądowania, ale na monitorze ciemno jak u mnie w ładowni, tyle że komputer podpowiada, gdzie mokro, a gdzie sucho. Zaznaczam miejsce lądowania oczywiście w miejscu suchym (kot nie lubi spacerów po wodzie – wiem, bo próbowałem...), i aktywuję procedurę lądowania. Sto sekund i będę na miejscu (o ile lądownik się po drodze nie rozleci, bo telepie strasznie). Wreszcie przyglebienie! Lądownik dotknął gruntu planety! Po raz pierwszy jestem tam, gdzie nie było jeszcze nikogo przede mną! Z dumy i zachwytu nad sobą samycm nadymam się jak balon... I wtedy się zaczyna. Na monitorze cała litania pod tytułem “uszkodzenie urządzenia nr...”. Szok w trampkach, bo lądowanie było względnie spokojne, a do tego uszkodzeniom uległy najwyraźniej te elementy statku, które pozostały na orbicie! Fakt, lądownik też oberwał, ale minimalnie, do tego w skutek wystawienia na huraganowy wiatr, więc tu jest sprawa jasna. Ale czemu – i czym – oberwała reszta statku na orbicie? Zadziałała Ciemna Strona Mocy? Planetę zmieszkują jakieś istoty rozumne, które próbują mnie grzecznie wyprosić? W pierwszym odruchu zamierzam po prostu walnąć klawisz zapłonu i chodu na orbitę. A w drugiej chwili przychodzi do głowy myśl, że to jednak trochę obciachowe zachowanie, tak wpaść z wizytą i zaraz uciekać. Na początek wypuszczam kota (kupiłem mu taki specjalny kombinezonek, poza tym to i tak mutant, więc mało co mu szkodzi), a zaraz potem wziąłem się za wstępne rozpoznanie okolicy. Minęło może dwie minutki, a kot wpadł jak torpeda i wbił pod fotel, gdzie następnie zaczął udawać, że wcale go tam nie ma. Nie powiem, żeby mnie to nie zdziwiło; ostatecznie ten koci mutant nawet mnie się nie boi. A bez porannej kawy rzekomo jestem naprawdę przerażający... Dokładnie spenetrowałem okolicę za pomocą aparatury – nic, cisza i spokój. Ki diabeł? – myślę sobie. Dokładniej spenetrowałem okolicę – no są, trzej reprezentanci lokalnej fauny. Jedno drugie i trzecie jest wielkości myszy, a wygląda jak skrzyżowanie jaszczurki z bojlerem. W sumie nic strasznego... Kot mi chyba zgłupiał do reszty od tego wylegiwania się na osłonie reaktora, że tak zareagował na taki drobiazg. I wtedy te trzy dranie ruszył. Może i nie były duże, ale entuzjazmem zdecydowanie nadrabiały. Lądownik aż podskoczył od ich pierwszej szarży, oczywiście z miejsca poleciało ileś systemów pokładowych. No ale od czego laser, przecież właśnie na takie okazje go przecież podrasowałem. Aktywować układ celowniczy, namierzyć cel... Jedna salwa, druga... Powinny odparować razem ze sporym fragmentem krajobrazu, skoro moc lasera z miejsca niszczy rozbite lądowniki i inny złom, zgubiony przez pilotów firm eksploracyjnych. A tymczasem tylko wkurzyłem te jaszczurobojlery. Dałem jeszcze jedną salwę, schowałem godność osobistą do kieszeni i chodu, co prawda nie na orbitę, ale za sąsiednie wzgórze... Niby nic trudnego, ale okazało się, że zabłądziłem i łażę w kółko. A zwierzątka za mną, nie szczędząc mi oczywiście dowodów sympatii. Powtórzyłem skomplikowaną operację przestawienia się za sąsiednie wzgórze... a zaraz potem za kolejne – wystarczyło, że ujrzałem następne wkurzone zwierzątko. Nie ścigały mnie. Może doszły do wniosku, że i tak nie strawią takiej kupy złomu, więc po co się wysilać? Odpocząłem trochę, odetchnąłem, przemyślałem sytuację, bo w końcu lądownik dość mocno oberwał. Ale co tam, jest spokój i cisza, miesięczny przydział niefartu pewnie wyczerpał się, zatem przeszkód nie widziałem, żeby choć trochę kwiatków z okolicy zebrać. Zbieranie poszło szybko i sprawnie. Lekka, prosta i przyjemna robota... Podjechać do interesującego okazu, capnąć i do ładowni lądownika. Żadna filozofia. Wyrzucanie wszystkiego z ładowni poszło mi jeszcze szybciej niż załadunek, gdy okazało się, że roślinki wydzieląją koszmarne ilości kwasu. Niestety, już uszkodzony lądownik tym razem naprawdę mocno oberwał, a w kabinie zrobiło się dosłownie czerwono od świateł alarmów. Spróbowałem wystartować – oczywiście równie dobrze mogłem nie próbować. Było tylko trochę dymu i efektów specjalnych, a lądownik został na swoim miejscu. Kolejne hipermarketowe części zniszczyłem po kolei podczas kolejnych (cokolwiek wkurzających) prób naprawy – a skoro tak, to nadszedl czas przetestowania zestawu naprawczego. Przy moich doświadczeniach ze sprzętem na moim statku nie powiem, żebym się nie wahał. Ale cóż – mus to mus. Uruchomiłem to ustrojstwo najostrożniej, jak potrafiłem. I nawet nic nie wybuchło. Naprawa się rozpoczęła. Ja siedziałem sobie grzecznie i czekałem, a ruszyłem się tylko po to, żeby wypuścić kota na zewnątrz – w końcu zwierz ma swoje potrzeby. Potem znów padłem w fotel i oddałem się słodkiemu nieróbstwu. W końcu czym tu się martwić; co prawda zestaw naprawczy żre paliwo, ale istnieje przecież blokada rezerwy paliwa... Nic bardziej mylnego. Blokada rezerwy akurat mojego zestawu jakoś nie obowiązywała. Draństwo niby naprawiło mi lądownik do poziomu pozwalającego wystartować, ale wyżarło jednocześnie całe paliwo! A byłem pewny, że nie zdejmowałem blokady rezerwy, bo i po co? Szczęśliwie coś mnie przed tą wyprawą ku Nieznanemu podkusiło, żeby kupić panele słoneczne do produkcji paliwa. Odpaliłem to to... Nawet zadziałało, choć spędziłem chwilę na wertowaniu instrukcji. Tyle że działał ten wynalazek w tempie ślimaka biorącego udziała w maratonie... Coś narobiło rumoru. Z wrażenia mało nie spadłem z fotela. To wrócił kot. Poruszał się przy tym wręcz z prędkością poddźwiękową, co naturalnie nie mogło świadczyć o niczym dobrym. Zaraz potem pancerz zgrzytnął, przyjmując na siebie szarżę kolejnego miejscowego zwierza entuzjastycznie nastawionego do gości spoza planety, wręcz pałającego chęcią zawarcia bliższej znajomości. Małe to może i było. Wyglądało na takie, które waży o połowe mniej niż mój pokładowy kot-mutant. Ale atakowało z furią i entuzjazmem tygrysa szablozębnego na sterydach. Lądownik parę razy podskoczył, raz omal się nie przewrócił, ja nabiłem sobie guza, bo kabiny lądowników są obowiązkowo ciasne. Rzuciłem się do lasera i dawaj namierzać drania, bo przecież bez paliwa nie miałem jak usunąć się agresowrowi z drogi. Przegoniłem drania w końcu laserem (oj, gruboskórny był, wręcz laseroodporny), ale trafiłby mnie jeszcze raz czy dwa (może trzy) i z lądownika miałbym fajne puzzle do składania w oczekiwaniu na pomoc. Na orbitę wyniosłem się natychmiast, gdy tylko panele wyprodukowały odpowiednią ilość i dopiero tam odetchnąłem z ulgą. Podczas oczekiwania obgryzłem z nerwów wszystkie paznokcie jakie tylko mogłem i nabiłem kilka kilometrów, chodząc w kółko w ciasnej kabinie lądownika.
Gdy tylko podrasuję trochę lądownik i laser, wrócę na tą planetkę tylko po to, żeby urządzić sobie safari na to całe towarzystwo, które tak radośnie powitało gościa z gwiazd. Już się nie mogę doczekać...
Morały z tej przygody są następujące: 1. Jak coś się może schrzanić, schrzani się na pewno; 2. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej; 3. Rozmiar nie świadczy absolutnie o niczym.
_________________ Naczelny Tropiciel Bugów
|
| Pią Sie 21, 2009 11:56 am |
|
 |
|
|
Strona 1 z 1
|
[ 3 posty(ów) ] |
|
Kto jest na forum |
Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość |
|
Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum Nie możesz edytować swoich postów na tym forum Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum Nie możesz dodawać załączników na tym forum
|
|